Ryszard Kulik
kulik@us.edu.pl
curriculum vitae
publikacje
warsztaty
wiersze
artykuły
wystawa

Artykuły

POSTAWA WOBEC ŚRODOWISKA NATURALNEGO WŚRÓD STUDENTÓW UNIWERSYTETU ŚLĄSKIEGO EKOLOGICZNE JA - W POSZUKIWANIU NOWEJ TOŻSAMOŚCI CZŁOWIEKA MONGOLIA, CZYLI WYPRAWA W PRZESZŁOŚĆ
MODEL CZŁOWIEKA EKOLOGICZNEGO JAKO ODPOWIEDŹ NA ZAGROŻENIA ŚRODOWISKOWE PODNIEBNY POCHÓWEK W TYBECIE PSYCHOTERAPIA A ODPOWIEDZIALNOŚĆ
SZTUKA WZMOCNIENIA I MODELOWANIA KILKA PROSTYCH WSKAZÓWEK DLA OSÓB PRACUJĄCYCH Z DZIEĆMI ŚMIECI - PODEJŚCIE PSYCHODYNAMICZNE WPROWADZENIE EDUKACJA PROEKOLOGICZNA
JAK SIĘ UCZYĆ I JAK ZDAWAĆ KILKA PRAKTYCZNYCH WSKAZÓWEK "TO CZEGO NIE MA" - esej

PODNIEBNY POCHÓWEK W TYBECIE

Wyboista, gruntowa droga wije się serpentynami osiągając w końcu rozległe plateau. Jak okiem sięgnąć pusta, zielona przestrzeń z nielicznymi tybetańskimi namiotami i wzgórzami na horyzoncie. Jadę niewielką furgonetką z kilkoma Chińczykami i młodym Tybetańczykiem, który siedzi obok mnie. Przez jakiś czas przygląda mi się uważnie bez żadnego skrępowania, później coś do mnie mówi, na co odpowiadam wieloznacznym "hmm". Widzę, że szczególnie zainteresowany jest moimi owłosionymi przedramionami. Pociąga mnie za włoski badawczo, a następnie z niejaką dumą kładzie rękę na moim udzie. Jedziemy tak kilkadziesiąt minut - ja nieco onieśmielony, on natomiast wyraźnie zadowolony.

Znajdujemy się w prowincji Syczuan, skąd do administracyjnego Tybetu jest jeszcze kilkaset kilometrów. Wszędzie jednak widać tybetańskie wioski oraz "nieokrzesanych" z wyglądu (w porównaniu z Chińczykami) tybetańskich wieśniaków. Po inwazji Chin w latach pięćdziesiątych XX w. część etnicznego Tybetu (w tym ta, w której się obecnie znajdowałem) została rozparcelowana i przyłączona do kilku chińskich prowincji.

Specjalność zakładu: jakburger

Dojeżdżamy w końcu do niewielkiej wioski Langmusi. Główna ulica - jeżeli tak to można nazwać - jest rozjechanym błotnistym bajorem, po którym przechadzają się czarne prosiaki. Jest ich tutaj całkiem sporo, podobnie jak mnichów w czerwonych i pomarańczowych szatach. W Langmusi znajdują się dwa duże klasztory buddyzmu tybetańskiego, które dominują nad wsią rozsiane po okolicznych wzgórzach. Jest tutaj też kilku obcokrajowców z Anglii, Niemiec, Austrii i Włoch. Spotykam ich w niewielkiej knajpce u Leshy, atrakcyjnej muzułmanki, serwującej w swojej lepiance m.in. jogurt z mleka jaka i ogromnych rozmiarów jakburgera. Na jednej ze ścian wisi informacja, że dla śmiałka, który zje jakburgera w ciągu 15 min. przewidziana jest nagroda w postaci dodatkowej porcji ciasta czekoladowego. Poniżej znajduje się lista, gdzie zarejestrowane są czasy wchłonięcia w siebie tej specjalności zakładu. 38 minut, 23 minuty, 18 minut...nikomu nie udała się póki co ta sztuka. Mimo to nawet ci, którzy byli w stanie pochłonąć burgera na jednym posiedzeniu zasługują na uznanie. Tak było do momentu, gdy u Leshy zjawił się nasz krakowski znajomy Beny, który bez specjalnych kompleksów i ceregieli skonsumował jakburgera w ciągu 14 minut i 45 sekund. Wprawdzie potem przez jakiś czas nie był w stanie ruszyć nawet palcem, ale tak czy inaczej polski akcent u Leshy pozostał.

Strzeż się tych miejsc

Głównym tematem rozmów obcokrajowców w Langmusi nie były jednak jakburgery. Każdy nowo przyjeżdżający dowiadywał się od pozostałych będących tu już od kilku dni o niezwykłym tybetańskim rytuale grzebalnym, który wciąż jest praktykowany w tym miejscu. Słyszę więc i ja, że około pół godziny drogi od wioski, w górach znajduje się szczególne miejsce, gdzie tybetańczycy pozostawiają ciała swoich zmarłych na pożarcie sępom. Wprawdzie ten podniebny pochówek jest najbardziej powszechną metodą grzebania - jeśli tak w ogóle w tym przypadku można powiedzieć - zmarłych w Tybecie, to jednak spotyka się go coraz rzadziej. Przed chińską inwazją zdecydowanie dominował, obecnie natomiast pod wpływem chińskiej polityki stopniowo odchodzi się od tego zwyczaju. Chińczycy poza tym skrupulatnie dbają o to, by żaden zagraniczny turysta nie był świadkiem tego niezwykłego rytuału. W stolicy Tybetu - Lasie, w hotelach, w których przebywają turyści można spotkać takie oto ostrzeżenia: "Zabrania się odwiedzania i fotografowania miejsc podniebnego pochówku zgodnie z przepisami dotyczącymi mniejszości narodowych. Turysta łamiący te przepisy będzie surowo ukarany". W Langmusi takie ostrzeżenia nie pojawiają się, uznaję więc, że mam prawo tam pójść.

Tybetańskie święte flagi szepczą swe modlitwy podmuchami wiatru
Tybetańskie święte flagi szepczą swe modlitwy podmuchami wiatru

Pochówek

Następnego dnia o świcie, cały podekscytowany wyruszam na poszukiwania tajemniczego miejsca. Po kilkudziesięciu minutach wspinania się pod górę, w świetle porannego słońca dostrzegam mnóstwo trzepoczących na wietrze tybetańskich flag modlitewnych. Na każdej z nich zapisane są święte teksty i mantry. Poruszane wiatrem szepczą swe modlitwy. Nieopodal powiewających flag, u podnóża wzgórza znajduje się coś, co bardziej przypomina niewielkie wysypisko śmieci niż cmentarz: walające się resztki ubrań, buty, a między tym wszystkim kawałki kości. Jest tu też kilka siekier.

Sępy obsiadły wzgórze w oczekiwaniu na swój udział w podniebnym pochówku.
Sępy obsiadły wzgórze w oczekiwaniu na swój udział w podniebnym pochówku

W pewnym momencie okazuje się, że nie jestem tutaj sam. Na wzgórzu dostrzegam trzech mnichów palących ogień. Jeden z nich macha do mnie zachęcająco ręką. Ponad wzgórzem widzę również krążące ogromne ptaki. Wiele z nich obsiadło wzgórze, tak, że stało się ono niemal szare. Gdy dochodzę do szczytu, który jest niewielkim płaskowyżem, jeden z mnichów przywołuje mnie i pokazuje, żebym usiadł. Siedzimy tak razem przy tlących się odchodach jaka. Lama obok mnie mamrocze pod nosem mantry jednocześnie układając swoje dłonie w charakterystyczne mudry. Trwa to jakąś chwilę, aż nagle mnisi wstają i odchodzą parę metrów. Widzę, że nożami tną coś wokół kłębiących się sępów. Początkowo myślę, że mają jakieś mięso, którym karmią ptaki, ale po chwili orientuję się, że są to ludzkie zwłoki. Ogarnia mnie przedziwne uczucie. Jestem zmieszany, przerażony, zaciekawiony i nie bardzo wiem co robić. Siedzę więc dyskretnie z boku i bacznie się przyglądam. Robię też kilka zdjęć, co spotyka się - ku mojemu zdziwieniu - akceptacją mnichów.

Mnisi obcinają kończyny zmarłego ofiarowując je następnie ptakom
Mnisi obcinają kończyny zmarłego ofiarowując je następnie ptakom

Zwłoki mężczyzny mają zmasakrowaną twarz. Dwóch mnichów w białych rękawiczkach, fatruchach i z opaskami na twarzy nacina klatkę piersiową i brzuch, podczas gdy trzeci odgania zniecierpliwione sępy. Po dokonaniu nacięć odchodzą kilka metrów i pozostawiają ciało ptakom. Widzę, jak kłębowisko drapieżników po kilku minutach drąży w korpusie ciała wielką pustkę. Następnie mnisi obcinają dłonie i nacinają stopy za każdym razem odsuwając się i pozostawiając miejsce sępom.

Nad moją głową, bardzo nisko szybują ogromne drapieżniki. Rozpostarte skrzydła przelatujących ptaków wydają charakterystyczny, głośny dźwięk podobny do trzepoczącej na wietrze potężnej flagi. Część sępów tłoczy się na ziemi, przepychając się i czasami walcząc między sobą. Ptaki budzą grozę, ale są też niezwykle piękne: długie, białe szyje z charakterystycznym kołnierzem, potężne nogi i dzioby. Głowy niektórych sępów są krwiście czerwone.

Mnisi systematycznie ćwiartują ciało siekierami i nożami, które co jakiś czas ostrzą o pobliskie głazy. Odcięte kawałki ciała rzucają sępom albo nacinają jakiś fragment i po prostu odchodzą na kilka kroków zostawiając miejsce ptakom. Sępy widząc krew momentalnie rzucają się na szczątki i albo połykają je w całości albo rozszarpują na mniejsze kawałki. Większe kości, które pozostają nie zjedzone mnisi miażdżą siekierami i rzucają ptakom. Tak też dzieje się z głową, którą roztrzaskują dużymi kamieniami. Cały ten rytuał trwa około dwóch godzin, po którym to czasie z doczesnych szczątków zmarłego nie pozostaje nic.

Majestatyczne sępy są jednocześnie wysłannikami śmierci i życia
Majestatyczne sępy są jednocześnie wysłannikami śmierci i życia

Ekologiczna mądrość

Podniebny pochówek łączy w sobie pragmatyzm Tybetańczyków oraz ich szamańsko buddyjskie wierzenia. W Tybecie rośnie niewiele lasów, a drewno jest bardzo cennym materiałem. Kremacja zwłok jest więc bardzo trudnym i drogim przedsięwzięciem. Podobnie jest z grzebaniem ciała w ziemi. Górska gleba pełna skał nie nadaje się do kopania głębokich dołów, poza tym w surowym klimacie przez większość roku jest tak zamarznięta, że nie można jej ruszyć.

Tybetańczycy wierzą w podstawową jedność wszechświata. Człowiek jest jego częścią, zatem umierając wraca ponownie do kręgu życia. Tutaj dzieje się to poprzez sępy, które unoszą zmarłego wysoko pod niebiosa jednocześnie włączając go w obieg życia. Poza tym buddyzm uczy, że należy dawać siebie zarówno innym ludziom, jak i naturze. Wydaje się więc zrozumiałe, że po śmierci ofiarowuje się ciało ptakom. Mimo więc zdecydowanie negatywnej postawy Chińczyków wobec tego rytuału, którzy określają go jako barbarzyński i niecywilizowany oraz niezrozumienia i oburzenia jakie rodzi się w umysłach niektórych turystów z zachodu ten rodzaj pochówku wyraża głęboko ekologiczną mądrość starożytnej kultury i religii tybetańskiej.

Doczesne szczątki zmarłego zgodnie z tybetańskimi wierzeniami powracają do kręgu życia
Doczesne szczątki zmarłego zgodnie z tybetańskimi wierzeniami powracają do kręgu życia

Nie wszyscy Tybetańczycy mogą sobie jednak pozwolić na taki pochówek. Ci mniej zamożni pozostawiani są na pożarcie nie tylko sępom, ale także psom. To prawdopodobnie ich szczątki znajdowały się poniżej wzgórza nieopodal flag modlitewnych. Jeszcze inni natomiast są ćwiartowani i wrzucani do rzek, gdzie zostają zjedzeni przez ryby.

Lamowie zaś, w tym Dalaj Lama chowani są w jeszcze inny sposób. Ich ciała naciera się wonnymi olejkami i spowija w całuny, a następnie umieszcza wewnątrz stup - wiekszych, bądź mniejszych dzwonowatych kapliczek. Stupy często pokrywane są złotem dla podkreślenia prestiżu, jakim cieszył się zmarły dalaj lama lub panczen lama.

Zwyczaj ofiarowania ciała zmarłych sępom przywędrował do Tybetu ze starożytnej Turcji i Persji. Już kilka tysięcy lat temu w Anatolii sępy pożerały zmarłych, a ich kości następnie gromadzono w domach. Wyznawcy Zoroastra natomiast umieszczali zmarłych w Wieżach Milczenia, do których zlatywały się sępy. Persowie migrując w VI w. do Indii zachowali ten zwyczaj, który następnie przywędrował do Tybetu i tam przetrwał do dzisiejszych czasów.

Po zakończonej ceremonii, sępy unoszą zmarłego włączając go w krąg jedności życia
Po zakończonej ceremonii, sępy unoszą zmarłego włączając go w krąg jedności życia

Siedząc na tym niewielkim płaskowyżu i patrząc na kołujące nade mną sępy unoszące szczątki zmarłego gdzieś wysoko ponad ostre górskie szczyty myślę o życiu, śmierci, o odwiecznej wędrówce, która jest nieustanną zmianą form. To, co przed chwilą widziałem jest jednym z najsilniejszych przeżyć w moim życiu i może właśnie dlatego pojawia się we mnie myśl, że gdyby i mnie przyszło umrzeć tutaj, w tym miejscu, to nie miałbym nic przeciwko temu, abym i ja poszybował w górę razem z tymi pięknymi ptakami...